niedziela, 12 lutego 2017

Projekt "Czytam Świat" - cz. I (Albania, Barbados, Białoruś)

Odkąd jestem w Singapurze, prześladuje mnie wrażenie, że jeśli chodzi o książki, dominuje tu literatura ze Stanów, okazjonalnie poprzetykana dziełami z Kanady czy Australii. Takim książkom, przez sam fakt bycia stworzonym w jednym z najpopularniejszych języków świata, łatwo przebić się na rynkach anglojęzycznych czy międzynarodowych, ale przez to, jako czytelnik idący do księgarni, mam bardzo małe szanse na przeczytanie czegokolwiek spoza tego kręgu kulturowego.


Dorastając w Polsce, mam wrażenie, miałam lepszy dostęp do międzynarodowych książek, głównie w formie literatury skandynawskiej oraz iberyjskiej, która różnymi drogami przeciekała do naszego świata literackiego. Czytanie książek z innego kręgu kulturowego bywa wyzwaniem - nie wszystkie aspekty życia bohaterów bywają zrozumiałe, ale to jest też coś, co pozwala nam rozszerzyć swoje pojęcie o tym, jak rzeczywistość wygląda w innych krajach, z innej perspektywy.

Dlatego postanowiłam spróbować swoich sił w ramach projektu "Czytam Świat", gdzie celem jest przeczytanie książek z różnych krajów. Oryginalnie autorka pomysłu na projekt czytała wszystkie książki na przestrzeni roku, ale ja nie mam takich ambicji. Chcę sobie dać czas, by każdej książce móc poświęcić tyle uwagi, na ile zasługuje i nie traktować tego przedsięwzięcia jak wyścigu z czasem.

Nie mam też zamiaru czytać książki z absolutnie każdego kraju. Nie widzę sensu czytania literatury, opisującej wojny i cierpienie ofiar wojny (nie chcę dalej tracić wiary w ludzi, a niestety takie książki prowadzą mnie jedynie do chęci dziabnięcia zardzewiałym widelcem w wątrobę każdego, kto w jakikolwiek sposób gloryfikuje konflikty zbrojne - obojętnie czy rodzica w sklepie, kupującego swojemu synowi pistolet czy nacjonalistę), a taki typ literatury oferuje na przykład wiele krajów afrykańskich.

Skupiam się na książkach, dostępnych w języku angielskim oraz dostępnych do kupienia na czytnik Kindle. Czytam zazwyczaj wieczorami oraz w drobnych przerwach w ciągu dnia, więc czytnik elektroniczny jest dla mnie najpraktyczniejszym rozwiązaniem.

Na początek, 3 pierwsze kraje, które ukończyłam.

 Albania - "Broken April" Ismali Kadare


W Polsce wydana w latach 70' pod tytułem "Krew za krew".

Książka opisuje losy młodego Albańczyka, którego życie zdominowane zostało przez prawo zwyczajowe, domagające się, by w ramach sprawiedliwości zastrzelił członka innej rodziny... i by w odwecie sam stracił życie. Drugim bohaterem jest podróżujący po prowincji "mieszczuch", usilnie próbujący zrozumieć prawo zwyczajowe. Im dalej się w nie zagłębia, tym bardziej owa wiedza koroduje jego życie.

Zaczynając ten projekt, najbardziej zależało mi na poszerzeniu swoich kulturowych horyzontów i ta książka zdecydowanie zaspokaja tą ambicję. Literacko jest to dzieło o nierównej jakości - świetnie napisane rozdziały poprzetykane są dziesiątkami stron, gdzie autor jakby zapomina, że pisze książkę fabularną i funduje nam, pod pretekstem dialogów, przydługawe ekspozycje, które o wiele lepiej sprawdziłby się jako obserwacje perypetii bohaterów.


Niemniej jednak jest to książka, która przybliża nam fragment Albanii - czy to przez opisy albańskich wiosek i kulli, czy to przez intymną i wnikliwą analizę albańskiego prawa zwyczajowego. Po jej przeczytaniu spędziłam trochę czasu, buszując po sieci w poszukiwaniu zdjęć tradycyjnej albańskiej zabudowy oraz strojów.

Barbados - "Redemption in Indigo" Karen Lord


Książka opisuje losy Paamy, młodej kobiety o dobrym sercu i charakterze, która wplątana zostaje w rozgrywki nadprzyrodzonych sił wyższych. Pierwsza część książki skupia się na bardziej "przyziemnych" perypetiach bohaterki, której mąż jest owładnięty obsesją obżarstwa. Druga część to zaś fantastyczna podróż przez czas i przestrzeń, wraz z djombi - fantastycznymi stworzeniami z afrykańskiego folkloru.

Osadzona w bliżej nieokreślonym czasie i bliżej nieokreślonym miejscu w Afryce, "Redemption in Indigo" to fantastyczna opowieść, czerpiąca inspirację z senegalskiego folkloru i legend. Niestety, jako czytelnik z innego kręgu kulturowego, ciężko było mi wychwycić owe inspiracje, jak i wyobrazić sobie opisywany w książce świat, ponieważ autorka bardzo skąpiła opisów czy szczegółów.

Choć lektura książki jest przyjemna i ekscytująca, pozostawia ona pewien niedosyt w kwestii poznania innej kultury czy miejsca. Miałam wrażenie, że brakuje mi wiedzy, by w pełni docenić przedstawiony w niej świat i pomysły.

Jednak nie uważam czasu z tą książką za stracony, gdyż jest to naprawdę dobrze napisana powieść.

Białoruś - "Polowanie Króla Stacha" Uładzimir Karatkiewicz


Młody folklorysta, podróżujący po białoruskich prowincjach pod koniec XIX wieku, przez przypadek poznaje młodą arystokratkę, której rodzina nękana jest przez grupę zjaw, urządzających sobie na ich ziemiach śmiertelne dla przypadkowych świadków galopy. Nasz twardo stąpający po ziemi i sceptycznie nastawiony folklorysta podejmuje się wyjaśnienia natury owych zjaw oraz ratowania młodej arystokratki, którą prześladowania ze strony zjaw doprowadziły do krawędzi załamania nerwowego. 

Do dziś nie wiem, czy ta książka została wydana w Polsce czy nie, bo nigdzie nie umiałam jej znaleźć. Jeśli istnieje, to pewnie jako zagubione stare tomy w maleńkich bibliotekach na uboczu. Niestety, oznaczało to dla mnie, że musiałam zadowolić się anglojęzyczną wersją tej książki... której czytanie przypominało przedzieranie się przez tekst wygenerowany za pomocą Google Translate.

Mimo problemów językowych, nie mogłam się od "Polownia" oderwać! Nie wiem, jak profesjonalnie określić ten gatunek, ale to mieszanka intrygi, kryminału oraz elementów fantastycznych, osadzona w XIX-wiecznej białoruskiej prowincji. Jeśli chodzi o zaspokojenie ciekawości na temat innych kultur i krajów, ta książka spisała się świetnie, uchylając rąbka białoruskiej melancholii. Gdyby tylko nie to tragiczne tłumaczenie, byłaby to książką idealna!

Powieść doczekała się również ekranizacji, ale nie jest ona szczególnie udana. Zdecydowanie polecam książkę!

Dajcie mi znać, czy zdarzyło się Wam czytać jakieś interesujące książki z odległych krajów? Jeśli macie rekomendację, będę bardzo wdzięczna :). 

poniedziałek, 6 lutego 2017

Jak koreańscy uczniowie planują czas nauki? Spojrzenie przez pryzmat plannera dla uczniów



Jakiś czas temu w me ręce wpadł dość nietypowy planner - mianowicie koreański planner przeznaczony dla uczniów (nie do końca wiem, jak młodych, ale zakładam poziom liceum/studia). Azjatyccy uczniowie słyną z poświęcania długich godzin na naukę i myślę, że ten planner oferuje ciekawy wgląd w to, jak koreańscy uczniowie planują swój dzień, semestr, okres egzaminów, jak i wakacji. Zapraszam do zajrzenia w ten specyficzny świat:

Mimo, że planner przeznaczony jest dla względnie młodych osób, już na starcie zachęca do deklaracji swoich celów, jak i wizji siebie na 5 i 10 lat.


Bardzo podoba mi się pomysł rozdysponowania czasu na takim 24-godzinnym zegarze. Nie wiem jak Wy, ale ja mam problem, że jak jakieś zadanie za bardzo mnie pochłonie, to pracuję nad nim do upadłego, a potem kolejnego dnia czuję się wypalona. Czasami danie sobie granic czasowych na robienie konkretnych zadań, może sprzyjać produktywności w dłuższej perspektywie czasu.



Jest plan na nadchodzące 6 miesięcy, jest tez osobna tabelka do osobna tabelka do ustawiania celów na każdy konkretny miesiąc:

Tygodniowy planner podzielony jest dość ciekawie, moim zdaniem! Osobna sekcja przeznaczona jest na zaplanowanie wszelkich prac i projektów, jest też sekcja do śledzenia codziennych zadań, są też miejsca do śledzenia codziennie godzin spędzonych na spaniu i nauce:

Pierwsza tabela przeznaczona jest na planowanie zadań i projektów, w prawym dolnym rogu zaś jest miejsce na śledzenie codziennych nawyków.

W połowie strony jest miejsce na zanotowanie pogody, godzin przeznaczonych na sen oraz spędzonych na nauce.
Ciekawa część zaczyna się jednak pod koniec plannera, wraz ze zbliżającą się sesją egzaminacyjną. Planner oferuje sporo miejsca na bardzo dokładne zaplanowanie 21 dni do zbliżających się egzaminów.


Najbardziej zadziwiająca była jednak dla mnie strona "Exam results", gdzie poza miejscem na zanotowanie wymarzonej oraz otrzymanej oceny, jest też szczegółowe prześledzenie rankingu w ramach klasy oraz skali ocen.

Sporo miejsca przeznaczonych jest też na "Mock Tests", czyli symulacje ostatecznych egzaminów. Nie tylko wygląda na to, że owych testów próbnych robi się naprawdę sporo, kalendarz zachęca do szczegółowego śledzenia swoich wyników i postępu (również w ramach klasowego rankingu). Postęp można nie tylko szczegółowo zapisywać, ale nawet odnotować go na specjalnych wykresach:

Wykresy do śledzenia swojego postępu w "mock tests"

Kalendarz zawiera też sekcję szczegółowego planowania nauki podczas... wakacji.

Oraz listę książek do przeczytania:

Podsumowując...


Jest w tym plannerze sporo elementów, które mi się podobają - jak rozdzielenie sekcji codziennego planowania od większych projektów, jak i też miejsce na śledzenie codziennych nawyków. Czasami przeznaczenie na coś 5 minut dziennie, ale każdego dnia, przyniesie lepsze efekty, niż 1 godzina na raz i zawsze brakowało mi w plannerach miejsca na takie "drobnostki", których też nie ma za bardzo sensu wpisywać w plan każdego dnia.

Zaskoczeniem dla mnie była ilość miejsca poświęconego na "Mock Test", czyli testy próbne. Jedyne co pamiętam z moich lat edukacji, to jednorazową "próbną maturę". Ale chyba najbardziej zadziwia ilość miejsca do śledzenia swojej pozycji w klasie pod względem otrzymywanych ocen. Mam wrażenie, że jednak pochodzę z kultury, która niechętnie patrzy na takie bezpośrednie porównywanie się.

Co myślicie o takim plannerze i proponowanym przez niego intensywnym trybie uczenia się? 

Tak tylko dodam, że tytuł planner to "Monster Study Planer" i jest wydany przez wydawnictwo INDIGO. Ilustracje są autorstwa JUNG EUNKYUNG. Planner wyprodukowano w Korei.

wtorek, 3 stycznia 2017

Jakie kosmetyki na jakie problemy?


Jak na kogoś kto prowadzi bloga i sklep kosmetyczny, używam śmiesznie mało kosmetyków. Ale nie zawsze tak było. Kiedyś ciągle dodawałam kolejne kroki do mojej pielęgnacji - olej, pianka, tonik, serum, lotion, krem pod oczy, maseczki, kremy... Jednak na przestrzeni lat, im więcej wiem o tym jak działa twarz i spowijająca ją skóra, tym mniej kosmetyków potrzebuję - bo wybieram tylko te, które mają składniki, które pozwalają osiągnąć to, co chcę dla mojej twarzy.

Pisałam już kiedyś o rozróżnieniu pomiędzy kosmetykami "pielęgnacyjnymi", które głównie mają dbać o komfort naszej twarzy i chronić ją przed negatywnym wpływem czynników zewnętrznych, a kosmetykami "funkcyjnymi", po które sięgamy tylko kiedy chcemy rozwiązać konkretny problem.

Kosmetyki funkcyjne są z natury tymczasowym elementem kosmetycznej rutyny. Używa się ich do czasu osiągnięcia pożądanego efektu, po czym zmniejsza intensywność używania lub robi przerwę, by powrócić do kuracji po czasie.

Prowadzony przeze mnie AzjatyckiBazar.com skupia się przede wszystkim na kosmetykach funkcyjnych. Z mojej perspektywy, dobre kosmetyki pielęgnacyjne są relatywnie dostępne w każdym miejscu świata. Ale jeśli chodzi o kosmetyki funkcyjne, dużo łatwiej znaleźć je na rynku koreańskim. Podejrzewam, że jest to efekt ogromnego zatłoczenia na rynku producentów, więc by się wybić, wiele małych firm produkuje wysoce wyspecjalizowane kosmetyki, zaś wielkie korporacje stawiają na pielęgnację.

Co na co?


Dla klientów Bazaru przygotowałam powyższą tabelkę, by pomóc z identyfikacją kosmetyków na konkretne problemy. Wybaczcie słabą jakość.... jak widać, są powody, dla których zapisałam się na kurs komunikacji wizualnej 😅😅😅.

Wiem, że niektóre rekomendacje są nieintuicyjne. Np. dlaczego "wypełniacz bez wstrzykiwania" nie nadaje się pod oczy? Ponieważ zmarszczka powstaje na poziomie skóry, wypełniacz zaś działa pod nią - dla zmarszczki nie ma różnicy, czy siedzi sobie na grubszej czy cieńszej powłoczce tłuszczu. Ale produkty z EGF (jak płatki, lub maseczka całonocna) lub kolagen, które ujędrnią cerę mają szansę owe zmarszczki złagodzić.

Nie uwzględniłam w tabelce problemów jak:
- Cienie pod oczami - bo choć kosmetyki jak płatki Petitfee mogą polepszyć sytuację, to nie jest prawdziwy "problem", tylko naturalna konsekwencja anatomii twarzy.
- Przebarwienia - na nie polecam serum z witaminą C (ja lubię to z Garniera, ale na rynku nie brak innych podobnych ofert) oraz Glutation.
- Przesuszona cera - jedyny na chwilę obecną kosmetyk na Bazarze przeznaczony dla tego problemu to Good CERA firmy Holika Holika. Ale to kosmetyk przeznaczony głównie dla osób, które mogą cerę nawilżyć, ale mają problem z utrzymaniem tego stanu.

Czy macie jakieś konkretne problemy na które szukacie rozwiązania?


sobota, 31 grudnia 2016

Podsumowując 2016....

Jak minął Wam rok 2016? Ja niestety należę do osób, które oceniają 2016 jako rok bardzo negatywny. Pod wieloma względami. Nie będę wchodzić w szczegóły, bo myślę, że łatwo się domyślić, jeśli ktokolwiek przygląda się sytuacji światowej. To nie są dobre czasy dla utilitarian, którzy wierzą, że rozsądkiem i empatią można zdziałać wiele.

Nieuczciwym jednak byłoby skupiać się tylko na negatywach, gdy wydarzyło się również wiele dobrego, choć te fajne wydarzenia to przede wszystkim momenty z życia personalnego, odsuniętego od świata polityki i tragedii międzynarodowych.

Kreatywnie...


Rok 2016 to dla mnie zdecydowanie rok powrotu do kreatywności. Nie tylko w formie malowania, ale też tworzenia różnych rzeczy. Udało mi się stworzyć:

- nadruk na koszulkę - znajomy miał fantazję, że chciałby otrzymać takową na urodziny z konkretnym hasełkiem:

- grafikę na etui telefonu:

- projekty własnych tatuaży, które udało mi się wydrukować na specjalnym papierze
A photo posted by Cukier (@azjatyckicukier) on

- własny planer - bardzo lubię planować i wyznaczać sobie cele, ale miałam zawsze wrażenie, że klasyczne planery są dla osób, które mogą zamknąć i uporządkować swoje życie w ramach czasowych. Moja praca, jak i kreatywna natura, powodują, że jakiekolwiek planowane według godzin zwyczajnie nie ma sensu. Więc zaprojektowałam sobie własny planer... jedynie potem nigdy nie pamiętałam, by go ze sobą nosić, więc po kilku tygodniach dałam sobie spokój. Ale to jedno z dzieł, z którego jestem bardzo dumna :D


W tym roku praktycznie co tydzień tworzyłam coś używając farby akwarelowej. Nauczenie się malowania akwarelami było bardzo trudnym i frustrującym procesem, ale myślę, że powoli gdzieś to jednak zmierza :).
A photo posted by Basia (@zrobionezcukrem) on


KonMari


W tym roku przeczytałam książkę Kondo Marie "The Life-Changing Magic of Tidying Up..." i zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Nie tylko jeśli chodzi o podejście do rzeczy, które posiadamy w ramach swojego domostwa... wraz ze zmianą relacji z rzeczami, zmieniła się moja relacja z bardziej abstrakcyjnymi elementami życia.


Wiem, że wiele osób ostro krytykuje zarówno książkę, jak i autorkę, i przyznam, że rozumiem dlaczego. Niektóre pomysły i opowieści autorki wieją trochę zabobonami i wiarą w magię, więc odrobina krytycznego podejścia jest niezbędna. Ale warto moim zdaniem dać tej książce szansę.


Kroki w stronę prostszego życia...


Może to trochę za sprawą KonMari, może trochę z przerażenia wiadomościami o stanie środowiska, razem ze Sławkiem podjęliśmy w tym roku kroki, by żyć prostszym, skromniejszym życiem.

Składają się na to małe i błahe decyzje, jak choćby powrót do mydła w kostce - to niesamowite, ile mniej można naprodukować plastikowych opakowań przez taką prostą zmianę. Kiedyś wolałam zamiast mydła w kostce kupować to w płynie, bo niestety kostki szybko rozmiękały w spodeczkach. Ale rozwiązaniem okazał się sprytny patent, gdzie w mydło wciska się specjalny krążek i można je sobie powiesić w łazience:

Bardzo pilnujemy się z segregowaniem śmieci na te do recyklingu. Porzuciliśmy też nawyk ciągłego jedzenia na mieście. Gotując w domu nie tylko mniej jedzenia się marnuje (niestety w Singapurze jest zwyczaj walenia na talerz pół kilo ryżu, nawet jeśli klient prosi, by nakładać mniej, nie wspominając o wszędobylskich plastikowych opakowaniach i sztućcach), ale też łatwiej praktykować nam dietę opartą na roślinach.

Może nie każdy wie, ale przemysł produkujący mięso nie tylko pochłania ponad połowę światowych zasobów jedzenia (niestety, taka prawda - karmimy nasze jedzenie jedzeniem, zwiększając na nie popyt i windując tym samym ceny podstawowych zbóż), ale też może być wskazany jako kontrybutor ponad połowy rocznej ludzkiej produkcji gazów cieplarnianych. Skoro nie muszę jeść mięsa (nie mam ku temu ani medycznych, ani dogmatycznych powodów), to zwyczajnie tego nie robię.

Więcej ruchu


Kilka lat temu zrezygnowałam z siłowni i nie zamierzam wracać. Ale w tym roku poza spacerami zdarzyło mi się wielokrotnie pójść na basen. Odkryłam, że niedaleko miejsca, w którym mieszkam, jest basen z bardzo tanimi cenami za wejście, więc staram się z niego korzystać. Zdarza mi się też czasami pójść pobiegać, jeśli jest czas, po moim ukochanym rezerwacie przyrody.


Powrót do anime...


Choć deklarowałam, że w anime nie ma już dla mnie nic ciekawego, jednak ciągle mnie do niego ciągnie. W tym roku obejrzałam więc w całości pierwszy sezon Log Horizon i ... jest to najlepsze i najgorsze anime jakie w życiu widziałam. Ostatnie 3 odcinki były tak frustrująco tragiczne i okropne, że miałam ochotę wyć do księżyca. Próbowałam też oglądać inne seriale, ale po kilku odcinkach zazwyczaj się poddawałam. Aż do czasu "Yuri on ice". To anime przywróciło mi wiarę w anime! Jasne, nie jest idealne, ale jest ciekawe i ma w sobie coś, co poruszy serce każdego, kto ma w swoim życiu trenera/mentora.

Azjatycki Bazar


Początek roku był bardzo turbulentny dla Bazaru. Platforma ecommerce, z której korzystaliśmy, BigCommerce, zaczęła się robić bardzo roszczeniowa wobec swoich użytkowników. Poza podbiciem ceny za swoje usługi o niebotyczne 500% (!), gdy próbowałam oprotestować zmianę... skasowali mi w odwecie Bazar. Nie ma to jak "hamerykańskie" kowbojowanie biznesowe :|. Przywrócono go jedynie, gdy zaczęłam narzekać na nich na Twitterze i konkurencja zaczęła nagłaśniać moje żale.

Po tych przejściach nie było wyjścia: Bazar musiał zmienić platformę. Wybrałam Shoplo, które ma siedzibę w Polsce i choć w procesie tranzycji nie udało się zachować kont klientów (trzeba się rejestrować na nowo), jestem z usług Shoplo bardzo zadowolona. Tak samo z firmy DotPay, która odważnie zmierzyła się z wyzwaniem, jakim było wymyślenie, jak połączyć mnie i klientów w Polsce i zaoferować możliwość prostego płacenia przelewami bankowymi. Jeśli rozważacie prowadzenie sklepu online, naprawdę polecam te dwie firmy.

Poza tym, 2016 był też przełomowy dla Bazaru z innego powodu. Choć Bazar jest i będzie małym biznesem, staje się powoli rozpoznawany przez firmy produkujące kosmetyki. Udało się nawiązać bezpośrednią linię kontaktu z firmą produkującą Avalon oraz firmą produkującą kosmetyki BRTC.

A tak poza tym...


- Udało mi się rozwiązać dręczący mnie od lat problem urazu szyi

- Nabyć gry planszowe: Agricola, Concordia i Salem
- Powrócić do grania w D&D - gram jako bard, obecnie 7 poziom
- Mój kot Nen schudł z 8,4 kg do 7,1 kg, co jest wielkim sukcesem, opłaconym ogromem cierpliwości w chwilach, gdy Nen próbuje miauczeniem negocjować dodatkową porcję tuńczyka
- Założyliśmy domowy ogródek z ziołami w doniczkach. Bazylia i chilli radzą sobie świetnie, ale rzodkiewki okazały się klęską :(
- W ramach projektu "Czytam Świat" udało mi się skończyć "Broken April" Ismali Kadarego (Albania) oraz "Redemption in Indigo" Karen Lord (Barbados).

A co w roku 2017?


Szczerze mówiąc.. nie wiem :(. Od jakiegoś czasu prześladuje mnie poczucie braku kierunku. Czuję, jakbym wdrapała się na szczyt góry i nie bardzo wiem, gdzie chciałabym z niej zejść, a zostać się nie da. Może to kryzys wieku średniego? ;)

Na pewno 2017 będzie bardzo pracowity, bo poza pracą dojdą mi zajęcia w szkole 3 razy w tygodniu. Postanowiłam zapisać się na coś więcej niż tylko malowanie, więc ilość godzin się zwiększa.

Zobaczymy jak to będzie... A jak Wam minął rok 2016? Jakieś plany lub postanowienia na 2017?

wtorek, 20 grudnia 2016

Jak to jest zgolić włosy i zapuścić je na nowo? Pamiętnik z odrastania.

Myślę, że każdy z nas miał takie myśli: jakby to było, gdyby pozbyć się całkowicie swojej zniszczonej strzechy i zapuścić włosy na nowo? Istnieje tyle mitów i informacji na ten temat - że włosy odrosną gęstsze, że zaczną się kręcić, że będą szybko rosnąć, itd. Ale ile z tego to prawda, a ile to życzeniowe myślenie?

Ja kilka razy w życiu miałam myśli o zgoleniu głowy... chyba najbardziej z ciekawości. Ile zajęłoby odrastanie? Czy mogłabym wywindować rekord odrastania, smarując skalp dwa razy dziennie wcierkami? Może mogłabym brać suplementy? Czy mogłabym tak zadbać o włosy, by odrosły super zdrowe? Jak wyglądają włosy, nigdy nie tknięte farbą czy lokówką? Jakby to było? Co by się stało?

Ostatecznie zgoliłam głowę, w ramach akcji charytatywnej, gdzie tysiące osób goli głowy, by zwrócić uwagę mediów i publiki na działalność fundacji charytatywnej, opiekującej się rodzinami, gdzie są dzieci chore na raka (przykład tego, na jakie usługi potem idą fundusze) . Jako, że utratę włosów kojarzymy z procesem leczenia nowotworów, takie szokujące "show", gdzie zdrowe osoby rezygnują ze swoich czupryn, bardzo przyciąga uwagę i zachęca do szczodrych donacji. Jest też zawsze nagłaśniane przez lokalne media. A gdzie jest rozgłos i uwaga, tam zawsze znajdzie się kilku korporacyjnych sponsorów. Fundacja postawiła cel zebrania 3,6 miliona dolarów singapurskich (około 10 mln PLN) i zaangażowania ponad 6,5 tysiąca golących. Jeśli ktoś chciał, mógł dostać swoje zgolone włosy do woreczka i może je samodzielnie donować do dowolnej organizacji, ale w ramach tej konkretnej akcji celem była zbiórka pieniędzy i nagłośnienie działalności organizacji.

W ramach wstępu do wpisu, chciałbym też wyjaśnić, skąd wzięła się we mnie decyzja, by nie umieszczać zdjęć z procesu odrastania. Chcę się tu skupić na samym procesie i na informacjach, które mogą przydać się osobom, rozważającym golenie (obojętnie z jakich powodów) lub przechodzącym okres odrastania, a nie przyciągać ciekawskich i szukających sensacji, chcących robić aferę z tego, jak wyglądałam bez włosów. Jeśli ktoś potrzebuje wizualizacji procesu odrastania, może skorzystać z setek wideo i zdjęć już funkcjonujących w sieci (polecam np. ten filmik).

Starałam się robić notatki pod koniec każdego tygodnia, więc wpis ma formę pamiętnika.

Dzień golenia


Moje włosy zostały zgolone do około 2 mm. Nigdy nie miałam aż krótkich włosów - najkrótsza fryzura, jaką miałam to paziowy "bob", więc nie wiedziałam czego się spodziewać.
A photo posted by Cukier (@azjatyckicukier) on

Mąż ostrzegał mnie, że będzie mi zimno w głowę, więc miałam przygotowane chusty i czapkę. I całe szczęście, bo efekt wyziębienia głowy dał mi się bardzo intensywnie we znaki. Mieszkam w kraju, gdzie wszędzie (biura, sklepy, transport publiczny) wieje klimatyzacja. Od jej nawiewu nie da się uciec; tu żyje się w ciągłym przeciągu. Przez większość życia miałam naturalną "czapę" z włosów, więc nagłe wyziębienie, zwłaszcza z tyłu głowy, fundowało mi ciągłe ataki bólu głowy i sztywności karku. Bez czapki/husty ani rusz.

Pierwszy miesiąc


Tydzień I



Pierwszy tydzień był w sumie bardzo pozytywnym doświadczeniem. Włosy zgolone tak blisko skóry głowy wyglądały bardzo egzotycznie, ale też bardzo schludnie. Okazało się, że mam całkiem przyjemny kształt głowy oraz łagodną i ładnie wyprofilowaną linię włosów przy czole. Włosy były jednak bardzo szorstkie, prawie że szpiczaste. Fantastycznym było po raz pierwszy dotknąć swojej głowy i poczuć teksturę podobną do aksamitu.

2 mm włosy przypominają teksturę aksamitu
Próbowałam nałożyć na nie wcierkę, ale próby masażu głowy skończyły się totalną porażką - włoski były tak krótkie i sztywne, że przy próbie dotyku sprężynowały i strzepywały całe Kaminomoto. Dookoła głowy robiła się mgiełka z maleńkich kropelek wystrzeliwanych przez włoski.

Mimo to, w pierwszym tygodniu, włosy odrosły naprawdę sporo i szybko dobiły do około centymetra. Mam wrażenie, że duże znaczenie miał fakt... że nie umiałam się powstrzymać od dotykania głowy xD. Cały czas kusiło mnie, by przejechać ręką po włosach, więc chcąc-nie-chcąc zafundowałam sobie sporo masaży głowy.

Tydzień II



W drugim tygodniu włosy nie wyglądały jednak już tak dobrze. Gdy trochę odrosły, zaczęło bardziej widać, w którą stroną się wyginają i układają. Okazało się też, że włosy od czubka głowy aż do czoła rosną prosto do przodu i zaczęły formować mi nad czołem "ząbek". Włosy na zakolach zaś rosną prosto do tyłu, w całkowicie przeciwnym kierunku. Nic dziwnego, że grzywka zawsze dziwnie mi się układała na bokach!

Szybko zaczęło być widać, że włosy na zakolach rosną jednak dużo wolniej i słabiej, od reszty głowy. W drugim tygodniu było to bardzo widać, bo głowa zaczerniła się od nowych włosów, ale przez zakola dalej prześwitywało sporo skóry głowy.

Nowo wyrastające włosy wydawały mi się być bardzo szorstkie i przesuszone, więc postanowiłam zrobić przerwę od wcierki i postawiłam na olejek rycynowy z kilkoma kroplami olejku rozmarynowego. Włosy smarowane olejem rycynowym szybko zmiękły i stały się przyjemniejsze w dotyku, ale bez Kaminomoto, praktycznie przestały rosnąć. Jestem niestety jedną z tych osób, których włosy, brwi ani rzęsy nie reagują na olejek rycynowy. Na szczęście olejek rycynowy ma bardzo łagodny zapach, więc łatwo go używać.

Tydzień III



Trzeci tydzień był pod pewnymi względami trudniejszy od poprzednich. Rzeczywistość, że włosy nie odrosną tak szybko, jak sobie marzyłam, zaczęła do mnie docierać. Z jednej strony obiecywałam sobie, że będę regularnie smarować skórę głowy Kaminomoto i że będę brać suplementy, ale jak przyszło co do czego, to nie miałam ochoty na ani jedno, ani drugie.
Jak myślałam, że będę wyglądać po zgoleniu głowy vs. jak wyglądałam 😅

Życie toczy się swoim tempem niezależnie od tego, w jakim stanie są nasze włosy. Łatwo sobie wyobrażać, że jak je zetniemy, to podporządkujemy im wiele naszych nawyków i czasu, ale jak przychodzi co do czego, przyjaciele, praca i hobby mają priorytet (przynajmniej dla mnie).

Nie lubię tabletek, bo bardzo podrażniają mój żołądek. Od używania Kaminomoto wygodniejsze było po prostu naolejowanie włosów olejkiem rycynowym i zostawienie ich w spokoju.

Tydzień IV



Pod koniec czwartego tygodnia włosy zaczęły dobijać do 1,5 cm. Jest to dużo mniej, niż liczyłam, że uda się osiągnąć. Choć nie jest to dużo, przy tej długości włosy powoli przestają wyglądać jak zgolone - straciły sporo ze swojej sztywności, choć dalej - zwłaszcza po myciu - wyglądają jak jeż.

Stały się odrobinę bardziej podatne na układanie - widać było po nich, na której stronie spałam ;), choć dalej nie było mowy o przedziałku czy innych manipulacjach.

Przy takiej długości dalej nie dało się jednak używać odżywek, choć aplikowanie Kaminomoto stało się prostsze. Włosy dalej sprężynowały i wystrzeliwały jego kropelki, ale nie był to aż tak dramatyczny efekt, jak w poprzednich tygodniach.

Jednak rozczarowującym było, jak trudno było o nie zadbać. Właściwie jedyną opcją stały się oleje. Olejek rycynowy ma słaby zapach, wiec łatwo go używać, ale wszystkie inne, na które się napalałam, okazały się zbyt intensywne w zapachu, więc mogłam je nakładać co najwyżej jako maskę przed myciem, a że przy tak krótkich włosach nie trzeba ich myć zbyt często, okazji do pielęgnujących masek było niewiele.

Nie było mowy o użyciu odżywki, bo ryzyko, że podrażni skórę było zbyt duże.

Pierwszy miesiąc - podsumowanie



Podchodząc do golenia, nie wiedziałam czego się spodziewać. Wiedziałam jedynie, że chcę być jedną z tych tysięcy osób, które biorą udział w akcji. Nie myślałam za wiele o tym, jak krótkie włosy wpłyną na moje życie. Co najwyżej fantazjowałam o tym, jak to będą szybko rosnąć, gdy będę miała możliwość wcierania Kaminomoto bezpośrednio w skórę głowy (😅😅😅).

Bałam się jedynie, że mój gest zostanie niezrozumiany, jeśli podzielę się nim na polskich mediach społecznościowych i niestety te obawy jak najbardziej się sprawdziły.

Moje otoczenie w Singapurze zareagowało bardzo pozytywnie. Znajomi i przyjaciele znają mnie na tyle, że pomysł udziału w akcji nie zdziwił ich. Kilku nawet udzieliło się finansowo, by dać znać, że wspierają tą inicjatywę. W pracy też w sumie poszło bez problemów, choć musiałam kilkukrotnie podjąć inicjatywę i wytłumaczyć sytuację osobom, z którymi nie mam na co dzień bliskiego kontaktu. Ponieważ w Singapurze większość osób zna tą akcję, bez problemu rozumieli sytuację.

Na ulicy czy miejscach publicznych nie odczułam wielkiej zmiany. W Singapurze jest jednak taka różnorodność wyglądu i strojów, że ani moja ogolona głowa, ani chusta czy czapka, nie robiły na nikim wrażenia. Życie potoczyło się dalej, swoim zwyczajowym tempem.

Najtrudniejszym aspektem całej sprawy okazała się moja działalność w ramach polskich mediów społecznościowych i przyznam, że ogromnie żałuję, że podzieliłam się tym faktem. Gdybym mogła cofnąć czas, nie mówiłabym, że zgoliłam włosy w ramach akcji charytatywnej. Mojej widowni trudno było zaakceptować, że akcja charytatywna może się bardziej skupiać na zbiórce pieniężnej, niż na robieniu peruk.
Pojawiła się presja, że mam "normalizować" widok łysej głowy, że teraz mam być "ambasadorem łysej głowy". W takim myśleniu kryje się jednak pewien problem... Bo nie ma nic nienormalnego w nieposiadaniu włosów. Łysa głowa jest czymś normalnym i nie wymaga "normalizacji", bo nie ma w tym nic nienormalnego. Są różne powody i przyczyny, dla których ktoś może nie mieć włosów i nic nam do tego.

Jasne, są osoby ciasno-mózgowe, które nie potrafią zdzierżyć, gdy ktoś wygląda inaczej, niż ta osoba by chciała. Są osoby, które chciałby narzucać innym swoje widzi-mi-się wobec wyglądu czy zachowań, które chciałby żyć w społeczeństwie klonów i wąsko wytyczonych norm. Są osoby, które wykorzystają każdą wymówkę, by się wywyższać, by dyskryminować, by atakować. Ale takie osoby nie zasługują na "oswajanie" z niestandardowym wyglądem innych (obojętnie czy mówimy o bezwłosej głowie, tuszy, wzroście, kolorze skóry, itp.), tylko zasługują na solidne pouczenie. Bo nienormalnym jest atakowanie innych za ich wygląd, lub rzeczy na które nie mają wypływu.

Mówienie mi, że przez paradowanie przed kamerą z łysą głową w jakiś sposób pomaga się osobom walczącym o życie, jest jak mówienie, że każdy kto utyje, wyraża "solidarność" z osobami otyłymi ze względów medycznych. Że każdy, kto przyciemni swoją skórę na solarium, wyraża "solidarność" z osobami prześladowanymi za kolor ich skóry, itd.

Dobrowolne stawanie się w pozycji ofiary ataków ze strony ciasno-mózgowych ludzi (może jest lepsze określenie na ten typ, ale nie przychodzi mi do głowy) nie pomaga nikomu, a tworzy wręcz wrażenie akceptacji tego typu zachowań - założenia, że to ataki są "normalne" i że zadaniem ofiary jest jakoś swojego napastnika udobruchać, przekonać do siebie, "znormalizować" jego percepcję tej czy innej rzeczy. To nie jest dobre podejście!

Jeśli widzisz kogoś atakującego inną osobę za coś, na co owa osoba nie ma wpływu, nie stój z boku. Nie czekaj aż jakaś Basia z YT "znormalizuje" to czy tamto. Działaj. Daj tej osobie znać, że to nie jest akceptowalne zachowanie.

Miesiąc drugi


Tydzień V - "Próby Suplementowania"



W tym tygodniu włosy nie urosły wiele, ale weszły w fazę odstawania i odkształcania się. Część stoi, część leży, część zaczyna się wyginać. W połowie tygodnia zaczęłam brać swoje pierwsze suplementy - postawiłam na tabletki z wyciągiem z drożdży. Niestety do wyboru były tylko drożdże browarnicze, więc nie wiem, czy mogę liczyć na osławione efekty szybkiego porostu włosów.

W tym tygodniu udało mi się zyskać tylko około 3 mm. Jest to trochę rozczarowujące, ale z drugiej strony był to fizycznie bardzo trudny tydzień. Borykam się z ciężką kontuzją ramienia i karku, czego efektem są intensywne migreny, trwające około 2 dni. Potem dzień przerwy i znowu 2 dni migreny :(.

Tydzień VI - "Krótkie Włosy Są Zaskakująco Długie"



No cóż, przygoda z suplementami nie trwała zbyt długo. Już koło środy zaczęło mi się robić intensywnie niedobrze, co w połączeniu z migreną okazało się nieznośne. Słowem.... bardzo słaby tydzień fizycznie, spędzony na zwijaniu się z bólu na łóżku. O pielęgnacji, suplementach czy robieniu czegokolwiek z włosami nie myślałam nawet przez chwilę.


Z pozytywniejszych wieści, włosy przekroczyły 2 cm. Co nie zmienia faktu, że są dalej bardzo krótkie. Brakuje mi jeszcze z 5-6 mm, żeby dogonić Mię Farrow w "Rosmary's Baby". To jest dla mnie niesamowite - odkryć, jak długie są naprawdę włosy, które oceniamy jako relatywnie krótkie. Moja fryzura nadal wygląda bardzo szpiczasto :(. Część włosów zawija się w naturalny skręt, ale cześć dalej stoi jak typowy "jeżyk".

Ale włosy wyglądają naprawdę zdrowo. Są błyszczące i gładkie, mimo, że praktycznie nic z nimi nie robię. Z drugiej strony, nie zostały poddane tylu zabiegom, co typowe włosy. Zawsze wiedziałam, że dla moich włosów najgorsza jest gumka - dokładnie w miejscu, gdzie je wiązałam, zaczynała się strefa, skąd włosy traciły blask i robiły się jak połamane druty (mimo, że kupowałam specjalnie gumki bez metalowych części i niby zaprojektowane, by włosów nie szarpać). Przeglądałam też trochę zdjęć z czasów, gdy miałam włosy ścięte "na pazia" i może czas do tego powrócić. W sumie, jak długo jest grzywka, tak długo fryzura mi pasuje. Ale do tego jeszcze kilka miesięcy...

Tydzień VII - "Nareszcie Opadły"



Powoli docieram do 2,5 cm! Tydzień 7 był... przełomowy :D. Od kilku tygodni włosy nie wyglądały dobrze - zwłaszcza z przodu, gdzie część włosów rosła prosto na czoło, zaś nad zakolami włosy uparcie układały się do góry i na bok, tworząc nad moim czołem dziwaczny kształt - iluzję, że mam gigantyczne zakola. Ale w końcu włosy zrobiły się na tyle długie, że zaczęły ciążyć w dół! Bardzo czekałam na ten moment, bo nie jestem fanem zakoli ;).

Szczerze mówiąc, trochę dziwnie jest pisać, że jestem niezadowolona z mojej fryzury. Byłoby nieprawdziwym, pisać, że nie zauważam oczywistego - to nie jest mój styl i taka krótka fryzura nie podkreśla moich atutów. Ale poza tym, nie czuję się z nią źle. Włosy są lśniące i gęste. Może i wyglądają nietypowo, ale tu gdzie mieszkam ciężko uchwycić co jest prawdziwie typowe.

Jeśli chodzi o pielęgnację to przyznam, że tydzień dość "średniawy"... Skończyło mi się Kaminomoto i ciągle zapominam je zakupić, więc tydzień był bez wcierkowania. Ale udało mi się brać biotynę rano i jak na razie nie widzę negatywnych efektów.

Trochę się jednak martwię, bo już drugi tydzień z rzędu byłam na basenie. Pływanie bardzo pomaga w walce z kontuzją, która powoduje moje migreny. Jednak dla włosów to jednak okropieństwo. Rozważałam założenie gumowego czepka, ale zastanawiam się co gorsze: przesuszenie od chloru, czy tarcie od gumowego czepka?

Tydzień VIII - "Ananas"



Miałam dzisiaj dziwny sen. Śniło mi się, że opowiadałam komuś, że zgoliłam włosy w ramach akcji charytatywnej, a ta osoba odpowiedziała "po porostu potrzebowałaś wymówki". Niestety... coś w tym jest. Myśli o zgoleniu głowy chodziły za mną od dawna, głównie w dni, gdzie moje włosy dawały mi odczuć, jak beznadziejnie są zniszczone. Marzyło mi się wtedy zacząć całe to zapuszczanie od początku.

A jak minął ósmy tydzień? Niewiele zysku pod względem długości, ale powoli moja głowa zaczyna wyglądać jak ananas. Liście ananasa są najdłuższe w środku korony liścia, zaś im bliżej krawędzi, tym robią się krótsze. Strasznie zaczyna być widać, że włosy na czubku głowy rosną bardzo szybko - dobijając już do 3 cm, włosy przy czole rosną wolniej, ale te na skroniach najwolniej.



Nic dziwnego, że zawsze po kilku miesiącach znikały mi z fryzury wszelkie warstwy i cieniowanie, skoro warstwy zaczynające się na czubku głowy rosną o tyle szybciej! Biorąc pod uwagę coraz dziwniejszy kształt fryzury, zastanawiam się, czy nie udać się do fryzjera i poprosić o może podgolenie tyłu, bo ta "muleta" nie wygląda fajnie. Ale trochę jednak żal długości i pieniędzy xD

Tydzień IX - "Efekt: Filcowa Czapa"



Jedna rzecz, której nie spodziewałam się w całym procesie, to jak będzie wyglądać krawędź odrastających włosów. Kilka tygodni temu cieszyłam się, że włosy "opadły" i będę mogła mieć grzywkę, ale po paru dniach stało się bardzo widoczne, że krawędź owej grzywki będzie mieć bardzo nieładny kształt: włosy, które rosną bliżej czoła mają taką samą długość, jak włosy położone dalej od czoła - więc te z przodu "wyprzedzają" te z tyłu, tworząc nieregularną i ukośną krawędź włosów.

Nie wygląda to fajnie; wręcz tworzy efekt, jakby to nie były włosy, tylko jakbym miała na głowie filcowy hełm - ponieważ włosy wyglądają niczym jednolita płachta z grubą, "kwadratową" krawędzią. Dlatego w tygodniu IX zdecydowałam się chwycić za nożyczki i trochę przyciąć grzywkę, by dać włosom bardziej zadbany kształt. Niestety oznacza to zamach na te kilka kosmyków, których używałam do mierzenia postępu.

Z innych wieści... w połowie tygodnia znowu musiałam zrezygnować z suplementów. Nie wiem dlaczego, ale mój układ pokarmowy nie lubi się z tabletkami. Mam zamiar jednak powrócić do nich, jak tylko poczuję się pewniej.

Miesiąc trzeci


Tydzień X - dołączam do klubu "Short Pixie"



Kolejny "przełomowy" tydzień. Włosy zdecydowanie wkroczyły w fazę, gdzie nie wyglądają, jakby ktoś je zgolił, tylko jakbym w salonie fryzjerskim podjęła bardzo nietrafną decyzję, by obciąć się na "short pixie" ;). Nikt już nie pyta mnie, co się stało z moimi włosami, za to dostaję masę komplementów, że moja fryzura jest bardzo urocza.

Trochę poskubałam grzywkę nożyczkami, więc krawędź nie jest aż tak "skośna". Włosy są też na tyle długie, że mogę je delikatnie ułożyć, więc zaczesuję je delikatnie na bok. Sprawia to wrażenie ładniejszej tekstury włosów.

Niestety zaraz po myciu dalej wyglądają jak filcowa czapa, ale efekt znika po kilku godzinach. Staram się więc myć je wieczorem, zaś rano tylko zmaczam odstające końcówki. Jak miałam długie włosy, nie było mowy, by myć je wieczorem! Mam niestety włosy, które chłoną wilgoć jak gąbka i zmieniają się w druty (lub filc) po każdym myciu. Suszenie suszarką dawało wrażenie, że włosy są przesuszone z zewnątrz, ale po kilku minutach od suszenia, zaczynały "parować" i cała fryzura robiła się mega nieprzyjemna. Więc zazwyczaj myłam rano i zostawiałam je na... 6-8 godzin do naturalnego wyschnięcia. Komfort mycia i suszenia krótkich włosów jest absolutnie nieporównywalny!

Tydzień XI - "Zaskakujący efekt uboczny biotyny"



Przyznam, że coraz trudniej znaleźć godne udokumentowania obserwacje czy zmiany, bo w pewnym sensie wygląd fryzury się ustabilizował. Nie do końca nawet wiem, czy na tym etapie liczy się to jako zapuszczanie włosów "na nowo", skoro wyglądają już niczym zwykła, acz krótka, fryzura.

Ale jest coś, co zauważyłam w tym tygodniu - moje rzęsy stały się długie! :D Kilka lat temu po fatalnych przejściach z tuszem Maybelline, moje naturalnie długie rzęsy powypadały i nigdy do końca nie odrosły. Teraz, po kilku tygodniach (sporadycznego) zażywania suplementu z biotyną, zauważyłam, że rzęsy wyglądają na dłuższe i grubsze. Nie zauważyłam innych efektów brania biotyny, jak przyspieszonego wzrostu paznokci. Nie jestem też pewna, czy moje włosy są od niej szczególnie dłuższe czy grubsze, ale mimo wszystko chcę wierzyć, że jakieś tam drobne pozytywne skutki są.

Swoją drogą, mam ogromne poczucie winy, że nie używam Kaminomoto... Ale jakoś nie umiem się przemóc. Nie wiem czy to lenistwo, czy może brak motywacji, czy może zwykłe zmęczenie, ale pod względem pielęgnacji, ograniczam się tylko do mycia włosów 2-3 razy w tygodniu. Oleje i Kaminomoto siedzą na półce i czekają na lepsze dni...

Tydzień XII - "Fryzura jak każda inna..."



Czas chyba zakończyć cotygodniowe wpisy, bo szczerze mówiąc, nic szczególnego się już nie dzieje. Włosy są dalej krótkie, ale nie wyglądają jak po ogoleniu. Ot, krótka fryzura. Dobiły do długości, gdzie zmiany z tygodnia na tydzień nie są już widoczne. Dają się układać: mogę już na przykład zrobić przedziałek na boku lub zdecydować czy chcę, by grzywka była zaczesana, czy spadała na czoło. Są też na tyle długie, że zaczęłam nakładać na nie olejek na włosy Innisfree. Na początku bardzo się bałam komercyjnych olejków, bo nie chciałam, by miały kontakt z moją skórą głowy.

Po 4,5 miesiącach



Zawsze, jak opublikuję zdjęcie, dostaję masę komplementów i wiem, że powinno mi być miło, ale czasami czuję się, jakby jedyną interesującą rzeczą na mój temat były krótkie włosy. Nie to co chcę pokazać, powiedzieć, przekazać, ale to jak wyglądają moje włosy. Może taka jest prawda?! No cóż...

Przy obecnej długości włosów, pielęgnacja stała się ponownie trudna. Włosy strasznie się przetłuszczają i zlepiają w strączki - zwłaszcza po bokach twarzy i przy karku. Gdy były krótsze i sztywniejsze, nie było tego aż tak widać.
A photo posted by Cukier (@azjatyckicukier) on

Zaczęłam podejrzewać, że może skalp jest przetłuszczony ponieważ za bardzo przesusza go szampon. Przez kilka tygodni próbowałam więc metody mycia włosów jedynie ciepłą wodą. Włosy wyglądały ok... ale pojawił się łupież i skalp był w tragicznym stanie, więc dałam sobie spokój z tymi alternatywnymi metodami.

Kaminomoto dalej nie używam, bo włosy się strasznie po nim układają, stoją jak szalone. I może trochę problemem jest leniwcowatość ;). Kilka lat temu fryzjerka "wycieniła" mi na lokalną modłę włosy i pamiętam, że byłam tak zniesmaczona widokiem nowej fryzury, że nie brakowało mi motywacji, by wcierać Kaminomoto dwa razy dziennie. Teraz jednak motywacji brak. Fajnie jest widzieć, że włosy odrastają i to mi wystarczy.

Jeśli macie jakieś pytanie związane z zapuszczaniem włosów od zera, zapraszam do sekcji komentarzy. Poniżej jednak dam kilka odpowiedzi na pytania, które myślę, że się pojawią.

Pytania i odpowiedzi:


Jak szybko urosły Ci włosy?
Po prawie 5 miesiącach przekroczyły 7 cm, co znaczy, że rosły około 1,5 cm na miesiąc.

Jakich suplementów i kosmetyków używałaś?
O: Kilka razy wtarłam wcierkę Kaminomoto, w początkowych tygodniach nakładałam olej rycynowy z kilkoma kroplami olejku rozmarynowego. Próbowałam zażywać drożdże browarnicze w tabletkach, ale mój żołądek źle na nie reagował. Kilka razy w tygodniu biorę biotynę.

Gdzie można kupić Kaminomoto? Dlaczego nie ma go na Azjatyckim Bazarze?
Kaminomoto powróci na Azjatycki Bazar już w marcu :). Niestety wysyłanie go w miesiącach zimowych powodowało sporo problemów, ponieważ Poczta nie lubi wysyłać "chlupiących", płynnych produktów w miesiącach zimowych. W cieplejszych miesiącach to nie problem.

Czy ten artykuł jest sponsorowany przez Kaminomoto?
Nie, nie jest. Po prostu uważam, że jest to dobry, godny polecenia kosmetyk.

Czy czułaś się mniej atrakcyjna/kobieca bez włosów/z krótkimi włosami?
Wiem, że zabrzmi to dziwnie, ale w mojej własnej głowie, pojęcia atrakcyjności i kobiecości mnie nie dotyczą. Nie uważam się ani za osobę atrakcyjną, ani nie atrakcyjną, to zwyczajnie słowo, które mnie nie dotyczy i nie lubię, kiedy wymusza się na mnie myślenie o sobie w tych kategoriach.

Kiedyś bardziej identyfikowałam się ze swoimi włosami i myślałam, że mają wpływ na to jak postrzegają mnie inni, ale nigdy w kategoriach "atrakcyjności". Póki mogę na spotkaniach biznesowych prezentować swoje umiejętności i wygląd mi w tym nie zawadza, póty czuję się z sobą dobrze. O dziwo miałam wrażenie, że możliwość przedstawienia się innym jako osoba, biorąca udział w akcjach charytatywnych, wręcz pozytywnie nastrajała innych do mnie.

Często wspominasz o problemach z migrenami; czy dalej je masz?
W czasie pisania tych tygodniowych wpisów przeszłam długi i kosztowny proces diagnostyki, uwzględniający liczne konsultacje i obrazowanie magnetycznorezonansowe (MRI). Ostatecznie problem rozwiązała wizyta u specjalisty, który bez problemu zidentyfikował, które mięśnie są zaciśnięte i powodują skurcze mięśni szyi a w efekcie migreny. Po 3 wizytach mój problem zniknął i nie miałam ani jednej migreny od tego czasu. Co za ulga po tylu latach! Żałuję, że nie poszłam wcześniej 😥

Czy zostaniesz przy krótkich włosach?
Mało prawdopodobne, ponieważ żal by mi było czasu i przede wszystkim pieniędzy, na ciągłe chodzenie do fryzjera, by podtrzymać określoną długość. Po kilku traumatycznych przeżyciach w singapurskich salonach fryzjerskich, przestałam do nich zaglądać i nauczyłam się podcinać sobie włosy samemu. Zazwyczaj pozwalam im rosnąć i tylko okazjonalnie podcinam grzywkę i raz na kilka lat funduje im bardziej drastyczne podcinanie. Taki system działa dla mnie naprawdę dobrze i chciałabym przy nim zostać.

Czy weźmiesz jeszcze raz udział w akcji charytatywnej?
Myślę, że osiągnęłam maksimum korzyści z udziału w akcji. Pomogłam zebrać pieniądze, nagłośniłam akcję wśród znajomych, zaspokoiłam swoją ciekawość w temacie odrastania. Mam jednak wrażenie, że jeśli brałabym udział w tej akcji co roku, wysłałabym sygnał do otoczenia, że skoro ja to robię, to inni nie muszą, bo mogą liczyć na mój udział. Liczę, że w kolejnych latach to moi znajomi poświęcą swoje włosy, ja zaś skupię się na pieniężnych dotacjach.

Czy będziesz kontynuować pamiętniki z odrastania?
Szczerze mówiąc, przez ostatnie tygodnie pisania tego wpisu już miałam problemy z znalezieniem czegoś wartego odnotowania i nie mam wątpliwości, że na chwilę obecną nie ma już nic więcej, co mogłabym obserwować i zapisywać. Z mojej perspektywy proces "odrastania" jest zakończony i na chwilę obecną mam po prostu zwykłą, choć krótką, fryzurę.

wtorek, 22 listopada 2016

Gąbki, poduszki i siateczki - czyli przegląd makijażowych innowacji

Pomysł na podkłady w gąbce ma już dobre kilka lat i choć myślałam, że będzie jedynie przelotnym trendem, okazało się, że ten jeden pomysł doskonale wyewoluował w całą gamę pomysłów i innowacji. Dzisiaj zapraszam na bliższe się im przyjrzenie.

Pierwsza generacja: podkłady i kremy BB w gąbeczce

Pomysł:


Jaką przewagę nad kremem BB lub podkładem ma krem BB lub podkład w poduszeczce? Produkt oferowany w formie nasączonej gąbki może być bardzo płynny. Niestety bardzo płynne produkty, sprzedawane w formie buteleczek czy tubek, są trudne w dozowaniu i bardzo kłopotliwe w nakładaniu. Trzeba je "łapać", zanim spłyną z dłoni, albo używać spodeczków i innych narzędzi do aplikacji. Przechowywanie płynnego produktu w gąbeczce pozwala właśnie na łatwą aplikację i przechowywanie.

Zalety:

1. Cieńsza warstwa produktu na skórze - bardzo lejący się produkt można rozprowadzić na cerze naprawdę cieniutką warstwą i to bez kombinowania z blenderami czy specjalnymi narzędziami. Taki produkt na cerze wygląda bardzo lekko i naturalnie.

2. Doskonała trwałość - po nałożeniu na skórę, produkt praktycznie natychmiastowo zasycha, doskonale przylegając przy tym do cery, przez co wiele produktów w gąbeczce oferuje doskonałą trwałość, nawet przy minimalnej aplikacji produktu.

3. Błyskawiczna szybkość aplikacji - bez dwóch zdań, to jedna z największych zalet produktów w gąbce.

Wady:

1 . Nakładanie cienką warstewką ma też jednak swoje wady - mniej produktu oznacza potencjalnie słabsze krycie. Jednak większość z nas preferuje mocniejsze krycie i tu podkłady w gąbeczce często zawodzą. Niektóre firmy potrafią tak zmiksować pigment, by podkład wyglądał ładnie, innym wychodzą produkty typu "maska".

2. Cena - podkład w gąbeczce musi mieszkać w specjalnym opakowaniu, często z lusterkiem i osobną komorą na watkę do nakładania. Niestety oznacza to konieczność zainwestowania w takie opakowanie, przynajmniej raz. Na szczęście uzupełnianie (wymiana gąbeczki) nie jest takie drogie.

3. "Wyciskanie" i "uciekanie" zawartości gąbeczki - niestety za każdym razem, gdy naciskamy na gąbeczkę, by wydostać z niej podkład, przemieszczamy produkt i często zaczyna on wyciekać i uciekać na boki miseczki, w której rezyduje gąbka. Ani to ładne, ani praktyczne, bo przez to często nabiera się na gąbęczkę znacznie więcej produktu, niż potrzebujemy.

A co z higieną?


Wiele osób ma wątpliwości, czy podkład w gąbeczce da się utrzymać w czystości. Producenci twierdzą, że podkłady tego typu produkowane są według technologii "woda w oleju",  która w teorii zapobiega rozmnażaniu się bakterii. Sama gąbeczka nie trzyma też zbyt wiele podkładu (około 15 ml), więc często się je wymienia.

Druga generacja: gąbeczka typu "mochi"


Mochi to taka bardzo elastyczna kluska z nadzieniem w środku, zjadana jako deser.

Gdy producenci podkładów w poduszkach zauważyli, że problemem jest uciekanie i wyciekanie podkładu z gąbeczki, kiedy ta jest naciskana w celu wydostania produktu, pojawiły się pomysły na ulepszenie tego procesu. Zamiast więc wkładać do opakowania zwykłą, nasączoną produktem gąbkę, zamienioną ją na gąbczastą poduszeczkę, gdzie produkt jest uwięziony w środku.

Niby zmiana nieduża, a jednak produkty z gąbeczką typu "mochi" są dużo łatwiejsze i przyjemniejsze w używaniu.

Trzecia generacja: siateczki typu "tension" i powrót do kremowych podkładów


Jedną z największych zalet podkładów w gąbeczce jest szybkość i komfort nakładania. Wiele kobiet polubiło ideę zabierania do torebki swojego podkładu w wygodnym opakowaniu. Jednak nie każdy polubił się z płynną formułą, która ma swoje wady i ograniczenia.

Koreańscy producenci wymyślili więc, jak zaoferować swoim klientkom kremowe, cięższe podkłady, ale szybkość i komfort nakładania jak przy podkładach w gąbeczce. Pojawiły się więc "tension pact", czyli podkłady, gdzie na kremie spoczywa nylonowa siateczka, zaś wacikowym aplikatorem "wyciskamy" odrobinę podkładu i nakładamy bezpośrednio na twarz.

Zalety:
1. Bardziej kremowe, nawilżające podkłady mogą trafić do takich produktów
2. Błyskawiczna i wygodna aplikacja

Wady:
1. Nie wygląda fajnie w opakowaniu - niestety takie wyciskanie przez siateczkę powoduje, że produkt szybko zaczyna wyglądać na rozbabrany...
2. Potencjalne problemy z wydostaniem całości produktu spod siateczki.

Wyciskane podkłady

 

Nie bardzo wiem, czy ten typ produktów powinien znaleźć się w tym artykule, ale są one w pewnym sensie kuzynami podkładów w gąbeczce - mianowicie podkłady wyciskane przez metalowe sitko. Mamy więc kremowy podkład, na którym siedzi metolowa blaszka z kilkoma otworami.

Ewolucje, innowacje i inne wariacje

Forma przechowywania produktu w gąbeczce doskonale sprawdza się również dla innych produktów. Kilka przykładów:

Kremy przeciwsłoneczne

Firma Etude House wypuściła produkt o nazwie Blind Cushion i jest to najwygodniejszy w aplikacji krem przeciwsłoneczny, jaki kiedykolwiek trafił w me łapki! CUDO! Aplikacja kremu przeciwsłonecznego na całą twarz zajmuje mi mniej jak 30 sekund. Nie trzeba się babrać i bawić w rozsmarowywanie i pilnowanie, czy nie porobiły się smugi. Bez problemu można wklepać taki krem na makijaż czy świeżo nałożony krem.

Róż na policzki

Coś dla osób, które chciałby nosić róż na policzkach, ale paranoicznie boją się, że nałożą za dużo. Róże w gąbeczce są bardzo transparentne i delikatne, łatwo je rozetrzeć tak, by wyglądały bardzo naturalnie. Zdecydowanie łatwiejsze w aplikacji, niż typowe róże w kremie.

Produkt do konturowania

Rarytas dla osób preferujących konturowanie kremowymi produktami! Może aplikacja wacikiem nie jest szczególnie precyzyjna, ale blendowanie takiego produktu zajmuje moment i bardzo łatwo uzyskać łagodne przejścia i gradienty.

Kuzyni z zachodnich firm

 

Firmy Maybelline i L'Oreal pokusiły się o własne wersje podkładów w gąbce. L'Oreal poszedł nawet o krok dalej i wypuścił kilka róży do policzków. Nie wiem, czy te podkłady oferowane są na całym świecie, czy tylko na wybranych rynkach. Furory raczej te produkty nie zrobiły, więc wątpię, by firmy pokusiły się o wyewoluowanie ich do etapu "tension".


Podsumowując...

Przez bardzo długi czas nie umiałam dla siebie nic znaleźć, jeśli chodzi o podkłady czy BB w gąbce. Przetestowałam ich naprawdę sporo: od tych najtańszych, po te droższe i zachwalane, jak np. z IOPE, ale nic nie robiło na mnie dobrego wrażenia. Mój główny problem z tymi podkładami polegał na tym, że zaraz po nałożeniu wyglądały jak marzenie, ale 3 minuty później, gdy wysychały, robiły się nie do zniesienia i potrafiły się zrolować lub ważyć. Niektóre były dla mnie zbyt połyskliwe, inne zaś zbyt białe; prawdopodobnie problemem dla producentów było wybalansowanie tlenku tytanu, używanego jako filtru (który strasznie bieli) z innymi pigmentami. Miałam względnie dobre doświadczenia z "Cover" firmy FaceShop, ale wielka miłość to nie była.

Pierwszy podkład, z którym naprawdę się polubiłam, to Pure Heals (marka siostra firmy BRTC), który był w formie gąbeczki mochi. Ten podkład kryje jak magia i dodatkowo ma przepiękny, blady kolor, który nie wygląda jak ściana. No i ta trwałość!

Ale prawdziwa miłość to "tension pact" z Etude House w postaci Any Cushion Cream Filter. Podkład może nie wygląda jakoś szczególnie powalająco na cerze - ot, wyrównuje kolor. Ale jest kremowy i niesamowicie przyjemny w noszeniu na cerze.

Testowałam też inne kremowe formuły z siateczką - mam Misshę i dwa podkłady SkinFood (Black Pomegranate i Vita Fit) i dla mnie sprawdzają się o wiele lepiej niż jakikolwiek podkład w gąbce. Może po prostu moja cera, która należy do suchych i dojrzałych, bardziej lubi się z kremowymi formułami. Ciężko nie docenić łatwości w ich nakładaniu.

Masz jakieś doświadczenia z podkładami tego typu? Jaka jest Twoja opinia na ich temat?

piątek, 4 listopada 2016

Najczęściej powtarzane KŁAMSTWO na temat kolagenu


Każdy ma prawo do swojej opinii. Ale jest solidna różnica między opinią a faktami. Są oczywiście tematy, gdzie nie da się poprzeć faktami, ze względu na ich brak, wątpliwe źródło lub trudny dostęp do nich. Ale w sytuacji, gdzie mamy masę udokumentowanych faktów, z naukowych źródeł, jak inaczej nazwać nie poparte faktami, aczkolwiek nagłaśniane opinie? Ja nazywam je kłamstwami.

Jednym z najczęściej powtarzanych kłamstw na temat kolagenu spożywanego w celach kosmetycznych, jest, że taki kolagen się nie trawi/nie wchłania (w sensie: jest rozkładany na bazowe aminokwasy, lub "przelatuje" przez układ pokarmowy). NIEPRAWDA.

Pierwsze badania nad wpływem spożywania kolagenu na nasz organizm prowadzono już w latach 90', choć wtedy motywacją były nie tyle jego kosmetyczne właściwości, co potencjał medyczny - np. czy kolagen może przyspieszać gojenie ran lub poprawiać jakość stawów? W 1999 Steffen Oesser (swego rodzaju "guru" badań nad kolagenem) udowodnił na modelach zwierzęcych, że specjalnie oznaczony kolagen podawany myszom, jest później wykrywalny w ich krwiobiegu jak i tkankach. Ale to był dopiero początek kaskady badań na temat wpływu konsumowania kolagenu na ludzki organizm. Badano między innymi wpływ konsumpcji hydrolizowanego kolagenu na osoby z osteoporozą (zaobserwowano pewne pozytywne efekty), wpływ na szybkość regeneracji mięśni po treningach siłowych (zaobserwowano, że osoby zażywające kolagen mają lepsze wyniki), na cellulit (zaobserwowano wygładzenie skóry u osób w normalnym przedziale wagowym po 6 miesiącach kuracji), oraz całą masę badań nad uelastycznieniem skóry. Kilka linków: klik, klik, klik

Wiedza na temat kolagenu idzie jednak dalej. Naukowcy wiedzą, że po skonsumowaniu hydrolizowanego kolagenu w krwiobiegu można wykryć dwie konkretne substancje. Badania nad tymi substancjami pogłębiają naszą wiedzę na temat mechaniki działania kolagenu oraz dlaczego nie każdy kolagen jest efektywny.
 
Podawane przeze mnie badania, są autentycznymi badaniami, uwzględniającymi grupę kontrolną i poszanowanie wszelkich zasad eksperymentów naukowych. Jak przy istnieniu tak miażdżącej ilości dowodów, że konsumowanie hydrolizowanego kolagenu ma pozytywny wpływ na elastyczność cery, jak i inne aspekty naszego zdrowia, jakim cudem, tylu "specjalistów" (nie raz z tytułem!) wypowiada się, że kolagen się nie przyswaja? Jasne, nie wystarczy rozpuścić w kubku łyżki żelatyny czy kupić byle produkt. By działać, cząsteczki hydrolizowanego kolagenu muszą być wystarczająco małe by przeniknąć barierę jelita (czyli muszą być mniejsze niż 5000 daltonów), a nie wszystkie firmy produkujące tego typu suplementy o to dbają. Dodatkowo są podejrzenia, że pewne typy kolagenu mogą być skuteczniejsze, niż inne typy.

Czasami naprawdę nie wiem, jak komentować kolejnego "specjalistę" plecącego farmazony, o tym, jak to kolagen zostanie albo rozłożony całkowicie na bazowe aminokwasy, albo przeleci przez układ pokarmowy. Takie teoretyzowanie nie jest poparte żadnym rozeznaniem, jedynie pychą i ignorancją wypowiadającego się. Ile osób, które potencjalnie mogłoby odnieść korzyści z konsumpcji kolagenu, zostało od niego odstraszanych przez takie naiwne wypowiedzi? Aż szkoda myśleć...

Jasne, ktoś może mi wytknąć, że ja sama żadnym "specjalistą" nie jestem. Ale mam w sobie wystarczająco pokory, by z tego względu nie tworzyć własnych wydumanych teorii, tylko powoływać się na autentycznych specjalistów i ich cytować. I specjaliści, którzy prawdziwie siedzą w temacie kolagenu, jednym głosem stwierdzają, że jest on przyswajany przez ludzki organizm drogą oralną i że ma pozytywny wpływ na elastyczność skóry. I nie jest to wniosek w oparciu o jakieś opracowanie czy widzimisię samozwańczego "eksperta", tylko o serię dokładnie przeprowadzonych badań naukowych.
Przedstawiane tutaj treści mają jedynie charakter informacyjny. Autor nie ponosi odpowiedzialności za działania czytelników, ani żadne konsekwencje wynikłe z zastosowania podanych tu pomysłów oraz technik. W razie wątpliwości skontaktuj się ze specjalistą.